Magda i Gniady

Są dni, kiedy zastanawiam się nad tym, czym jest człowieczeństwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Czy wtedy gdy, powiemy komuś miłe słowo? Czy może wtedy, kiedy założymy rodzinę i będziemy żyli zgodnie ze społecznym  porządkiem, zachowując pewne kanony moralne. Czy to, że posiadamy jedno, dwoje dzieci, stałą pracę grono znajomych i jesteśmy lubiani, to można o nas powiedzieć, że jesteśmy dobrzy?
Może wartością człowieczeństwa jest pomoc innym? Pomoc dzieciakom, osobom potrzebującym czy właśnie zwierzętom, które w procesie udomowienia stały się od nas zależne? Ja jestem przekonana, że prawdziwa i szczera pomoc, niesie ze sobą prawdziwy sens życia dając radość i potrzebę działania.

Nieustannie karmimy się wszelakimi informacjami ze świata zewnętrznego. Media, celebryci, promują zdrowy styl życia.  Wygląd zewnętrzny bierze górę nad wartościami, tym co robimy i jacy jesteśmy. Zakłamany świat pokazywany   przez portale, coraz bardziej męczy i jednocześnie uzależnia.  Zdaję sobie sprawę, że inaczej myślimy mając lat 20 i 30, ale chciałabym by moje dziecko poznawało ten dobry, wartościowy świat z  gronem przyjaciół u boku na wyciągnięcie ręki.

W poszukiwaniu prawdy dotarłam do pewnej wspaniałej młodej kobiety, matki trzyletniej Julki. Zrobiła krok dalej, pozostawiając swoją strefę komfortu gdzieś na drugim planie. Być może w tym miejscu się mylę i to właśnie jej strefa komfortu - teraz jest największa i składa się z dwudziestu dwóch żyć, które uratowała. Każde życie jest inne. Jedne są srokate, kasztanowe a jeszcze inne gniade. Wiem jedno, że przy nich jej uśmiech nabiera blasku, i widzę w niej radość.
Ta drobna kobieta o imieniu Magda dała godne życie koniom skazanym na śmierć.

Magda i Tutuś

Tutuś


Ważący tonę Gniady:)


Tutuś

Niewidząca na jedno oko klacz Duszyczka

Byłam obserwowana - mistrz drugiego planu

Przywitanie z Gniadym





Tutuś, koń ze Skaryszewa. Imię nadała mu córka Magdy. Trzyletnia dziewczynka:)

Pierwszy raz zobaczyłam ją w pewną słoneczną niedzielę, po tym jak kilka miesięcy wcześniej ujrzałam, że ktoś taki istnieje. Niedaleko Mińska Mazowieckiego w pięknej zielonej scenerii  łąk i lasów znalazła spokój i szczęście dla swoich koni. Pierwszego konia uratowała dwadzieścia lat temu, a historia, którą mi opowiedziała świadczyła tylko o tym, że jako młoda dziewczyna miała w sobie mądrość i dojrzałość.
Będąc studentką, jadącą na  egzamin na swojej drodze, (dosłownie na drodze) spotkała dwa wystraszone konie. Zatrzymała się i zaprowadziła je do pobliskiej stajni, była przekonana, że to właśnie stamtąd uciekły. Okazało się jednak inaczej. Konie uciekły od bezwzględnego handlarza.
Magda odkupiła jedną klacz organizując zbiórkę wśród znajomych na uczelni. Talia,  wykupiona klacz jest z nią do dzisiaj:)Najstarsza seniorka patchworkowej końskiej rodziny. Drugiego konia wykupiła stajnia.

Widok wszystkich koni razem, biegnących do Magdy powalił mnie na kolana. Wraz z Krzyśkiem - mężem,weszliśmy za ogrodzenie, na teren ich bezpiecznego miejsca i na głos Magdy wszystkie galopem zaczęły do nas biec.
Barbie. Zabrana wraz z synem z transportu śmierci
Podbiegały zaczynając nas obserwować. Ogromne zainteresowanie wzbudziła w nich wielka metrowa fotograficzna blenda, przedmiot połyskujący w słońcu jak lusterko. Wszystkie powoli schodziły się do nas, nasłuchiwały i bacznie się przyglądały. Drobna, delikatna blondynka w samym środku wielkiej końskiej rodziny - witała nas z każdą uratowaną istotą. To co widzieliśmy wprowadziło nas w osłupienie. Nie było tam miejsca na krzyki, wrzaski czy tym bardziej baty. Te piękne majestetyczne zwierzęta wiedziały, że nie mają się czego bać, że tu są bezpieczne. Magda jest ich domem, przyjaciółką i opiekunką. Dobro i spokój jaki przez nią przemawia jest najlepszym przykładem, na to, że spokojem i miłością można przenosić góry. Całe stado okręciło się dookoła nas i mieliśmy sporo czasu na to by się z każdym przywitać. Momentami czułam strach, ale Magda wszystko mi tłumaczyła. Niektóre konie podbiegały prosząc nas o zabiecie na nich gzów:) Większośc potrzebowała się  jednak przytulić. Czułam się obserowana, niektóre robiły to z daleka inne podchodziły i niuchały mnie miękkimi chrapami.

Zabawa

Przyjaźń

Magda i Gniady

Magda i Gniady

Magda i Lolo.



Nie wiem jak to opisać, ale ich obecność sprawiła, że czułam się jak w innej rzeczywistości.  Całe stado pięknych bezbronnych serc uratowanych z okropnych warunków jakie zgotował im człowiek. Ile koni tyle historii ich życia. Tyle łez i bezradności nad losem polskiego konia, który sprzedawany jest na mięso poza nasze granice. Magda wraz z wieloma organizacjami, a przede wszystkim Tarą, na której czele stoi Scarlett ratuje te piękne stworzenia. Wchodząc na jej profil możecie zobaczyć ile już zrobiła i gdzie była:

https://www.facebook.com/magdalena.szmigiera

W tym miejscu chciałabym krotko opowiedzieć historię Siwej Hope i jej dziecka.  Hope już odeszła, z powodu  choroby. Nie dało jej się odratować, ale dzielnie walczyła do końca mając przy boku swoje dziecko Hopkę.   Magda wykupła klacz od handlarza, który skazał ją na rzeź, jej dziecko miało być tuczone i za jakiś czas również sprzedane. Siwa cierpiała na ochwat, który powoli wyniszczał jej organizm. Jej walka trwała bardzo długo, a przy życiu podtrzymywała ją miłość do swojej córki Hopki, która dzielnie towarzyszyła mamie nawet podczas pobytu w klinice.  Poniższe zdjęcia, które zapożyczyłam ze strony Magdy świadczą o tym, że miłość matki do dziecka i dziecka do matki nie przypisana jest tylko gatunkowi ludzkiemu. Problem w tym, że całe lobby handlujące końmi to ludzie nastawieni na zysk. Nie czując żadnej empatii, gotują naszym Polskim koniom straszliwy los.

Zdjęcie z archiwum Magdaleny


Fot. P. Jabłoński


Fot. P Jabłoński





Gracja z dzieckiem. 

Sierotka Hopka








Uratowana przez Nią sunia





Z targów śmierci w Skaryszewie uratowała wiele koni, między innymi jej ukochanego Gniadego, który tuczony był po to by skończyć w rzeżni, gdzieś na zachodzie Europy. Skaryszew wzbudza wiele kontrowersji, wiele osób dziwi się po co ten hałas, targ jak każdy inny. Otóż nie do końca. Niestety miejsce to jest końcem często krótkiej i ciężkiej drogi życia wielu koni. Znam z opowiadań, reportaży, gazet wiele końskich smutnych historii. Żrebne klacze są tam w cenie, ze względu na swoją wagę i nie ważne , że rodzi  źrebię na tirze  w trakcie kilkunastogodzinnego  transportu, czy  młode wycinane jest z brzucha podczas uboju. Liczy się pieniądż jaki handlarz dostanie danego dnia za konia. Słychać rżenie matek, płacz dzieci rozdzielanych z nimi.

Widać ich strach, smutek, tęsknotę za stajennym towarzyszem, czy ogromny strach jaki wzbudzany jest w koniach przez pijanych handlarzy. Wszystko po to by sprzedać je za bezcen do zachodnich rzeżni. Czy na prawdę jest to tak potrzebne? Czy jadamy końskie mięso? 

Magda i wiele innych organizacji wiele lat walczyła i walczy o to by koń stał się zwierzęciem towarzyszącym jak kot czy pies.

Gniady, piękny i spokjny. 

Magda ma dużą słabość do tego tonowego giganta, ale proszę uwierzcie mi na słowo, widok ich razem jest niezapomniany.
Gniady widząc Magdę biegnie do niej co sił, tylko po to by móc się przytulić, być pogłaskanym. Szczerze powiedziawszy na sam widok uginały mi się nogi. To odważna i mądra kobieta. Na dzień dzisiejszy możemy wszyscy w jakiś sposób pomóc Magdzie.
 Konie dostały od niej szansę jakiej wcześniej nie miały. Dała im miłość, przestrzeń do godnego życia oraz opiekę. To wszystko jednak kosztuje, a ta dzielna kobieta pracuje i na to wszystko zarabia pracą na etacie!
 Pomaga jej rodzina, znajomi, jest skromna i nie prosi o wiele. Teren na którym znajdują się konie nie ma wiat chroniących je przed deszczem, śniegiem. Stara się  teraz o to by wybudować 3 wiaty, które pomieszczą konie. To co możemy zrobić to wspomóc jej zbiórkę. Deski są budulcem wiat! Jeśli możecie je dostarczyć, będzie wspaniale. Może firmy wspierające podobne miejsca będą w stanie Magdzie pomóc? 
 Jeśli macie taką możliwość to przyjmie Was z otwartymi rękoma. Mile widziane są marchewki, jabłka. Można też zaadoptować wirtualnie jednego z koni. Stały niewielki,przelew miesięczny, pozwoli jej zakupić mu sianko, owies, leki w razie potrzeby. Zaprasza całe rodziny z dziećmi, to magiczne miejsce znajduje się tylko 30 km od Warszawy i ja już wiem gdzie będę przyjeżdzała. 




Jeszcze raz podsyłam link do jej strony, gdzie mozna śledzić losy jej podopiecznych. 
Zachęcam Was do kontaktu z tą przemiłą osobą. Po kilku godzinach spędzonych z Magda i jej stadem wydawało mi się, że znamy się już ładnych kilka lat.  

Magda. Telefon 793404918 










Jeszcze niedawno wydawało mi się, że mam sześć lat:)
Parę dni temu odwiedziłam mój pierwszy, drewniany dom na wschodzie Polski. To tam często odżywają moje fragmentaryczne obrazki z dzieciństwa. Pomimo różnych sytuacji zyciowych, zawirowań, w głowie dziecka, dzieciństwo jest czymś pozytywnym, wesołym, rodzinnym i ciepłym.
Ojciec.

                                                                  High Hopes. Pink Floyd


Tak też chciałam zapamiętać to opuszczone już miejsce. Tak jak nigy nie powróci moje dzieciństwo, tak nigdy Ryniówka nie stanie się domem pełnym ludzi. Ludzie, którzy współtworzyli to miejsce już dawno odeszli. Pamiętam drewniany starty próg, na  którym siadała  moja Babcia Jania  i paliła papierosa. Do dzisiaj pamiętam jej  temperament i placek gryczany, który piekła.


My

W tym domu pierwszy raz słyszałam Pink Floyd, których teraz często słucham. Pamiętam Jean Michela Jarre'a i kasety na taśmę w czerwonych opakowaniach. Wszystko stało na drewnianym stole, który był wtedy nieosiągalny. Małe rączki i główka sięgały jednak tak, by zobaczyć jak kręci się szpula. 
Był też  stary adapter i sterty płyt winylowych. W domu było dużo muzyki. Pamiętam jak biegałam z jednego pokoju do drugiego, wszystko było wielkie i  drewniane. W domu stał piękny piec, który był żródłem ciepła. Mieszkałam tam do szóstego roku życia.
Mój pokój był z oknem na drogę, która była oddalona sporo od domu, a pomiędzy nimi posadzony był długi szpaler świerkowy. Świerki rosły razem ze mną, inne drzewa również, a dzisiaj robią naprawdę niesamowite wrażenie. Na tej drodze nauczyłam się jeździć na rowerze. W głowie mam mały kamień, który wrósł w drogę.  Bardzo bolało kiedy na niego najeżdżałam, zazwyczaj kończyło się to upadkiem:) Szkoda, że nie mam tych wszystkich  rzeczy, które pamiętam. Mój wielki brązowy szpetny miś wielkości trzyletniego dziecka. Huśtawka wisząca w drzwiach na drewnianej ościeżnicy, kołderka, poduszka. Zapach drewna, drewniane sufity i podłogi. Odgłosy korników w drewnianych ścianach domu. To wszystko tworzy pewien zwarty kawałek, fragment, który po 28 latach składa się w całość.
Nade wszystko pamietam, że był ze mną ojciec. To w tym właśnie miejscu zostawiłam pamięć o nim i o małej Krysi. W wielkiej skrzyni, którą ma moja mama zatrzymały się wspomnienia. Na slajdach widzę siebię, mój dom i rodziców. Zieleń, muzyka, przestrzeń i szum świerków. To pamiętam.
Te zdjęcia to mój mały hołd dzieciństwa, wspomnienie Wojtka, szalonego, romantycznego, zwariowanego człowieka, który odszedł za szybko.
 Do dzisiaj nie pogodziłam się z jego odejściem, a życie dalej pędzi i wszystko się zmienia. Moja córka ma już sześć lat, dlatego pokazałam jej moje dziecinne wspomnienie, mój pierwszy dom w Zosinie nad Bugiem, gdzie wszystko się zaczęło.
Dzisiaj jest Dzień Ojca:) Wszystkiego najlepszego Tatusiowie:)

                                       




Martyna z Tatą




Martyna z Tatą









Ąleja świerkowa


Ryniówka